Annie

Annie

wtorek, 24 grudnia 2013

Szklane serce: Rozdział II

- Finnick! - krzyczę dość piskliwie. Tak się cieszę. Tak bardzo... Nie obchodzi mnie, że wyglądam strasznie. Nie obchodzi mnie brud na moim ciele czy poplątane włosy. Obchodzi mnie tylko on. - Finnick!
Biegnę do niego potrącając po drodze parę osób, biegnę i zderzam się z nim. Nieporadnie mnie obejmuje i lądujemy na ścianie. Dopiero wtedy mogę się w niego wtulić.
- Annie... tak bardzo tęskniłem... Chciałem, a nie mogłem ci...
- Ciii... Już dobrze. - mówię zapłakana, wdychając ten cudowny zapach, który zawsze mnie uspokajał.
- Nie jest dobrze Annie. - szepcze do mojego ucha.
Jak to nie jest dobrze? Czuję się jakby motyk szczęścia zatrzepotał na moją głową. W moich wyobrażeniach ma skrzydła koloru oczu mojego ukochanego. Na delikatnych płatach ma wzory fal koloru zielonego morza. Jest piękny.
- Jest dobrze.... Koniec udawania. Koniec strachu. Wreszcie możemy być razem... jeśli tego chcesz.
Spoglądam w jego oczy i odpływam. Kiedy mam możliwość podziwiania jego oczu, które patrzą na mnie z zainteresowaniem, ust, które uśmiechają się do mnie za każdym razem, zatapiam się w nieopisanej radości. Ta radość kieruje mną do końca, a pogłębia się, gdy słyszę jego odpowiedź.
Obejmuje moją twarz w dłonie i składa na nich delikatny, ale czuły pocałunek.
Moje wargi drżą, gdy Finnick zadaje pytanie, którego tak bardzo chciałam uniknąć.
- Annie, moja mała Annie... Co ci zrobili?
Waham się. Wspomnienia przysłaniają mi obraz ukochanego. Nie czuję już nic. Zamykam oczy, a uszy zasłaniam dłońmi. Pomocy.
Od razu zauważa zmianę mojego zachowania. Najpierw czuję delikatny dotyk na karku, a potem usta na płatku lewego ucha. Biorę głęboki wdech próbując się uspokoić. Działa... ja zawsze.
Świadomość wraca, ale już w kolejnej sekundzie czar pryska. Ktoś mnie woła. Nie podoba mi się ten to.
- Pacjentko Cresta, proszę wrócić do sali! Żołnierzu Odair, proszę nie niepokoić pacjentki.
Kobieta brutalnie chwyta mój nadgarstek. Krzyczę.
- Proszę ją puścić!
- Ona zostaje ze mną!
Docierają do mnie tylko strzępki rozmowy. Ten dotyk... on pali...
- Proszę posłuchać. Zajmę się nią. Tylko przy mnie się uspokoi.
Kobieta chyba odchodzi, bo wracam. Wracam do Finnick'a. Jego silne ramiona obejmują mnie dając poczucie bezpieczeństwa.
- Wiesz, że ta kobieta ma rację? Wiele przeżyłaś, powinnaś wrócić do szpitala. Mogę pójść z tobą.
- Wrócę tam tylko po to, by podziękować człowiekowi, który sprawił mi największą radość...
Wydaje się być zdenerwowany. Jego wargi drżą nieznacznie. Widzę niepokój na jego twarzy.
- bo zaprowadził mnie do ciebie. - dokańczam obserwując jak jego twarz się zmienia. Wygląda na zadowolonego.

Po chwili przekraczam drzwi do sali, w której ostatni raz widziałam żołnierza Hawthorne'a. Nie obawiam się tego, że Finnick może mnie tu zostawić. Powiedział, że na mnie zaczeka i zaprowadzi mnie do pokoju. Zawsze robi to, co mówi.
- Przepraszam. -odzywam się niepewnie widząc bandaże na jego ciele.
- Nie przepraszaj. Wiedziałem na co się piszę. - odpowiada śląc mi delikatny uśmiech.
- Ale nie wiedziałeś, czy warto.
- Nie żałuję. Jeśli mam patrzeć na wasze szczęście do końca mojego pobytu w trzynastce, sam mogę się uznać za szczęściarza.
Odwzajemniam uśmiech i podchodzę bliżej. Siadam obok mówiąc:
- Jeśli mam patrzeć na twoje bohaterskie czyny i odwagę, sama mogę się uznać za szczęściarę.
Gale śmieje się obejmując mnie ramieniem. Opieram się o niego i składam jeden niewinny pocałunek na jego policzku.
- Dziękuję. Uratowałeś moje życie, przyszłość, pragnienia, niespełnione marzenia i życie. Dla wojny nie jest to ważne, lecz dla mnie tak. Jesteś moim bohaterem. Nie zapominaj o tym.






Z okazji świąt chciałabym wam życzyć wszystkiego dobrego! Bałwanka Olafa, pachnącej choinki, smacznych potraw, miłej rodzinnej atmosfery, prezentów, a na nowy rok spełnienia wszystkich marzeń, pragnień i duuuużo odwagi byśmy jak Annie mogli cieszyć się prawdziwym życiem! <3